plany nr 2 2011-11-01 17:49:31
dziś tylko literacko. kolejna porcja do pierwszych planów.
Stephen King - Lśnienie
Haruki Murakami - Sputnik Sweetheart
Herbert George Wells - Wehikuł Czasu
Machiavelli - Książe
Aldous Huxley - Nowy wspaniały świat
William Shakespeare - Hamlet - teraz
Franz Kafka - Proces
Bruno Schulz - Sklepy cynamonowe
- Sanatorium pod klepsydrą
William Burroughs - Pedał
John Steinbreck - Myszy i ludzie
Zygmunt Freud - Wstęp do psychoanalizy
Fiodor Dostojewski - Bracia Karamazow
Wkraczając w pustkę 2011-08-28 20:26:53
"Wkraczając w pustkę" (Enter the void)
Gaspar Noé (ur. 1963)
Francja, Niemcy, Włochy, 2009
film pełnometrażowy, 161 min.
obejrzany jeszcze w lipcu, jednak mimo iż na "świeżo i gorąco" usiadłam w środku nocy, tuż po skończeniu seansu, i skreśliłam kilka przemyśleń na jego temat, to do tej pory nie miałam czasu umieścić ich na blogu. dopiero rozmowa z pewną osobą mnie do tego skłoniła. a więc zacznę od tej odrobinę przestarzałej, wtedy parującej jeszcze i parzącej podniebienie relacji.
Pierwszy film, o jakim tu mówię, i od razu towar z górnej półki. Może niekoniecznie gatunkowej, spierałabym się zresztą czy istnieje cokolwiek takiego jak uniwersalna kategoria dobrych filmów, ale z pewnością można go określić jako dzieło nieszablonowe i kontrowersyjne, czyli to, co tygryski lubią najbardziej. Enter the void stworzony został w sposób pod wieloma względami niesamowity, a jednak nie sądzę bym zaryzykowała powtórne oglądanie. Spektakl trwa trochę ponad dwie i pół godziny, wielu ludzi twierdzi, że można by go skrócić nawet o godzinę, gdyż treści w nim mało jak na aż taki metraż. Ale to wszystko zabieg reżysera, sprawia, że gubimy się w jego grach, prowadzi nas w różne miejsca, w wiele z nich wraca po jakimś czasie. Film jest mocny, budzący skrajne emocje, z jednej strony melancholijny, pozbawiony praktycznie muzyki, z drugiej za to – dramatyczny w zwrotach akcji. Enter the void to Tokio nocą. Enter the void to Tokio zbudowane z neonów we wszystkich kolorach. Muszę przyznać, że kolorystyka i atmosfera filmu, skutkuje jego pozytywną oceną.Tu teraźniejszość miesza się z przeszłością i przyszłością, a wszystko oglądamy oczami prawie że od początku martwego głównego bohatera, przemieszczającego się nad miastem niczym ptak, już wolny od snucia się jego ulicami, przy czym nie zwolniony ze złożonej siostrze wiele lat wcześniej obietnicy, iż zawsze będą razem. Tak więc Oskar mimo śmierci, pozostał w pobliżu Lindy. Kojarzy się ze OOBE, odłączona od ciała dusza Oskara płynie dokąd chce, wkracza w co chce. W końcu wybiera sobie nowe życie jako dziecko swojej siostry.
Ten film to jedna wielka zagadka. Czy jest obrazem nierealnej rzeczywistości? A może raczej, jak sugerowane jest nam to na okrągło, to tylko jeden wielki trip, ze specjalnymi efektami, kołysząc się na granicy euforii i śmierci? Enter the void jest brudny, przy czym ludzki, pusty i dźwięczący, ale i właśnie pełen emocji. Do tego bardzo smutny, wypełniony tematami tabu; śmiercią, miłością w rodzinie, bólami egzystencjalnymi i ciężkimi dragami.
Seans kończy się płaczem nowonarodzonego dziecka, po którym pojawia się plansza „the void”. Ten element zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Czy rodząc się nie wkraczamy w pustkę? Czym jest nasz własny świat, jeśli nie przestrzenią, którą zapełniamy przez całe życie, ale w której zawsze pozostanie mniejsza bądź większa dziura, czyniąca nas na wieczność niekompletnymi, wybrakowanymi.
Z perspektywy czasu stwierdzam, że zobaczę go po raz kolejny. Sadzę, że dostrzegę w nim inne rzeczy, wręcz nie mogę się doczekać, uważam ten film za godny poświęcenia mu chwili, gdyż teraz nie wydaje mi się ani trochę przydługi. skomentuj (0)
plany nr 1 2011-07-06 15:52:32
pochłanianie, ponoć poważne plany na najbliższy czas. ciekawe ile z nich zostanie zrealizowanych i w jakim stopniu.
literatura:
Epos o Gilgameszu - napoczęte
Goethe - Faust (1833) - napoczęte
Dostojewski - Zbrodnia i kara (1866) - napoczęte
Joyce - Ulisses (1922)
Lagerkvist - Karzeł (1944) - napoczęte
Lem - Szpital przemienienia (1948)
Orwell - Rok 1984 (1949) - napoczęte
Salinger - Buszujący w zbożu (1951)
Nabokov - Lolita (1955)
Lagerkvist - Śmierć Ahasvera (1960)
Burgess - Mechaniczna pomarańcza (1962)
Ellis - American Psycho (1991) - napoczęte
film:
El Topo [Kret] (1970) - obejrzane
La Montaña Sagrada [Święta Góra] (1973) - obejrzane
Fargo (1996)
The dreamers [Marzyciele] (2003) - obejrzane
Everything is illuminated [Wszystko jest iluminacją] (2005)
Enter the void [Wkraczając w pustkę] (2009) - obejrzane
serie:
Twin Peaks [Miasteczko Twin Peaks]
Beverly hills 90210, pierwszy sezon - już tego nie chcę
Game of thrones [Gra o tron] - już tego nie chcę
oraz inne, luźniejsze propozycje, ale te tutaj ustanowiłam sobie za swego rodzaju standard.
ostatnie poprawki - 1 listopada 2011
Plotkara, dwa pierwsze sezony 2011-07-05 01:40:21
"Plotkara" (Gossip Girl)
Josh Schwartz (ur. 1976), Stephanie Savage (ur. 1969)
Stany Zjednoczone, 2007-2009
serial, nieukończony, dotychczas wydano cztery sezony
Plotkara przerażała mnie już od samego początku, na długo zanim obejrzałam pierwszy odcinek, nawet jeszcze przed bliższym zapoznaniem się z dokładniejszą tematyką tego "dzieła". Z zasady nie przepadam za amerykańskimi serialami powstałymi podczas kilku minionych lat, mało który przekazuje interesujące mnie obrazy czy też wartości. Ale jednak spróbowałam, obejrzałam pierwszy odcinek, po czym z kpiącym uśmiechem zagłębiłam się w zabawne życie rozpuszczonych bachorków "manhattańskiej elity". Przetrwałam całe dwa sezony, nie przeczę iż spróbuję przetrwać i resztę. Na półmetku warto jednak podsumować dotychczasowe wrażenia.
Serial jest okrutnie pusty, wszystkie te dzieciaki żyjące jedynie intygami, ploteczkami i skandalami, no i ich dziani rodzice, których życie składa się głównie z romansów i tuszowania swoich brudów. Brooklyn wcale nie jest lepszy, mimo iż nie tak bogaty.
Schematycznie, wszystkie najważniejsze zdarzenia rozgrywają się pod koniec odcinków. Akcja potrafi nas zaskoczyć swą wartkością, zastanawiające jest również dlaczego wcześniejsi wrogowie jakiś czas później zostają kochankami, a nawet przyjaciółmi. "Moda na sukces" dla nieletnich. Z powodu ograniczonej liczby głównych bohaterów i dużej liczby odcinków, można śmiało powiedzieć że praktycznie każdy z każdym spał. A może wyraźmy to inaczej: Georgina spała z Danem, on spał z Sereną, ona z Natem, on z Blair, ona z Chuckiem, a on z Vanessą. Kolejność niechronologiczna, ale łańuch i tak ładny. Dodatkowo: Vanessa również sypiała z Natem, któremu podobała się siostra jego kumpla Dana, Jenny, z którą to jedynie się całował. Jenny nadal dziewicą, jesteśmy dumni! To były jedynie postacie wysunięte na pierwszy plan, nie ma nawet sensu zagłębiać się w relacje ich przyjaciół czy rodziny.
Serena. Śliczna, dobrze wychowana i grzeczna, jeśli tylko w pobliżu nie ma dużej ilości alkoholu bądź choć śladowej ilości Georginy Sparks. Nie przepadam za S., jest cholernie naiwna, do tego sprawia wrażenie przesłodzonej i sztucznie nieśmiałej.
Chłoptaś Dan. Ten szczególnie nie zrobił na mnie dobrego wrażenia, może po prostu nie rozumiem o co mu chodzi, okrutnie się chłopak miota. Czemu jego związek z Sereną nie przetrwał? Nie rozumiem, może nie chcę. No i cały wątek z nim i Georgie, dziwaczne. A romans z nauczycielką, Rachel? Nieodpowiedzialne i idiotyczne.
Nate. Odrobinę przypomina innego znanego mi Nate'a. Równie zagubiony wśród kobiet. Najpierw sprawiał całkiem sympatyczne wrażenie, jednak obecnie uważam go za okropnego kłamcę i to w kiepskim stylu.
Vanesska. Niech ta kobieta wyjdzie. Odcinek z konfliktem między nią a Jen, co do Nate'a - rozpacz, nie jestem już w stanie tej dziewuchy naprawdę polubić. Jenny team, Jenny team! Nesska zachowała się jak totalna suka, Brooklyn traci punkty.
Jenny. Cała akcja z rzucaniem szkoły i rozpoczynaniem kariery w wieku piętnastu lat - bez komentarza. Teoretycznie wydawała się lepsza od "mean girls", a zdolna była dopuścić się świństw, których one by nie wymyśliły.
Najlepsze zostawiam na koniec, śnięta trójca!
Blair. Jej się po prostu nie da lubić. Suka na poziomie. Jej działania, mimo iż często niespójne, wydają mi się logicznym ciągiem. Chętnie poznam kolejne jej losy.
Georgina. The Bitch. Zdecydowanie za mało było jej w minionych sezonach, liczę na większą dawkę w przyszłości. To jest postać która mnie interesuje; bez zachamowań, całkowicie szalona i zdolna do wszystkiego. Ponadto od dłuższego czasu przepadam za Michelle. Już od "Inspektora Gadżeta" czy "Buffy", nie zapominając o "Eurotripie".
Chuck. Skurwiel. Nie rozczarowuje, choć czasem staje się zbyt ludzki. Postać ponętna i intrygująca. Trzeci powód dla którego obejrzę kolejne sezony.
Czwartym powodem jest relacja Chuck/Blair, oczywiście.
Piątym - Scott. Ogniwo między Sereną i Danem, syn jej matki oraz jego ojca. Wspominałam już, że relacje rodzinne są w tym serialu posrane?
x.o.x.o. Trzeci sezon czeka.
Hanne Ørstavik - Miłość 2011-07-01 20:01:40
"Miłość" (Kjærlighet)
Hanne Ørstavik (ur. 1969)
Norwegia - 1997
Polska - 2009
powieść, 119 stron
Mój cudowny motywator. Stwierdziłam, że historia jest tak beznadziejna, iż muszę zacząć od niej tego tematycznego bloga. Po "Miłość" sięgnęłam całkowicie niezamierzenie, chciałam zapoznać się z czymś skandynawskim, bo kultura Skandyniawii od jakiegoś czasu mnie intryguje, i w dodatku całkiem świeżym, ponadto w krótkiej formie. No i porażka, na całej linii. Ktoś tu próbował przyrządzić tragedię antyczną, ale musiał dysponować jedynie wybrakowanym na nią przepisem. Akcja rozgrywa się podczas jednego wieczoru, tłem jest małe miasteczko na północy Norwegii, charakterystycznie zasypane śniegiem i zamieszkałe przez ludzi o wąskim spektrum postrzegania życia. Narrator zmienia się co kilka linijek tekstu, co jest zamiarem celowym i prowadzi do pewnej kulminacji, podczas której nie jesteśmy pewni kto prowadzi ów szczytowy dialog, dwa równoległe obrazy zostają zmieszane. Tak więc zdarzenia opisywane są równolegle przez matkę - Vibeke, oraz jej syna - Jona. Chłopiec następnego dnia kończy dziewięć lat, co do wieku matki, możemy spekulować że jest koło trzydziestki, ja osobiście powiedziałabym, że trzydziestu lat jeszcze nie ma. Tekst, wbrew w miarę łagodnej formie, przedstawia brutalną treść. Ukazuje nam jak bardzo odległe są światy matki i jej dziecka, wnioskując po tym, czym każde z nich zajmuje się w przedzień urodzin Jona. Chłopiec wychodzi z domu, myśląc o czekających go jutro prezentach i torcie, który z pewnością piecze dla niego właśnie Vibeke, w tym samym czasie ona wyjeżdża oddać książki do biblioteki, nie sprawdziwszy nawet wcześniej czy syn jest w domu, święcie przekonana iż już zasnął. Okazuje się, że kobieta pomyliła dni i biblioteka dzisiaj jest już zamknięta, tak więc udaje się do wesołego miasteczka, gdzie poznaje tamtejszego pracownika, Toma, z którym spędza całą resztę wieczoru. W tym czasie Jon błąka się po sąsiedztwie, poznaje kilku nowych ludzi, dużo rozmyśla, swoją drogę zmienia w zabawę, wszystko jednak kończy się dla niego tragicznie. Vibeke praktycznie nie myśli o synu. Zajmuje ją jej wygląd, zajmują ją myśli o mężczyznach, zwłaszcza o znajomym inżynierze, jak i o nowopoznanym Tomie. W jeden wieczór jest w stanie go pokochać, rozpaczliwie owej miłości potrzebuje, wie jednak że nie powinna przekraczać przewnych "granic", sama się do tego przyznaje. Nie podchodzi chyba pod wątpliwość, że ani trochę nie pamięta o urodzinach syna? Nawet książki, których pochłania od trzech do pięciu tygodniowo, no i jej papierosy, zdają się ważniejsze od zamartwiania o los młodego. Nie jest złą matką w sposób, jaki nam ze złą matką się kojarzy, nie bije swojego dziecka, nie utrudnia mu życia. Jego po prostu w jej życiu nie ma, nie potrzebuje go. Bardzo zastanawiają mnie nieznane okoliczności w jakich ta kobieta została matką, gdyż nie nadaje się do tego ani trochę. A przecież jest matką już od dziewięciu lat, jak to możliwe, że nie przystosowała się do roli jaką sobie wybrała? To wciąż nie jest etap jej życia w którym byłaby w stanie zajmować się dzieckiem, ona nadal chce się bawić, wciąż pragnie mieć maksimum czasu dla siebie, dziecko to w tej sytuacji piąte koło u wozu. Nic dziwnego, że opowieść kończy się tak niefortunnie. Jon wraca do domu, nie ma jednak klucza, a drzwi są zamknięte. Nie widząc samochodu na podjeździe mówi sobie, że Vibeke zabrakło czegoś do pieczenia ciasta. Wyrusza z powrotem w nieznane, poznaje tajemniczą kobietę, którą Vibeke spotkała wcześniej w wesołym miasteczku, wsiada z nią do samochodu. Gdy stoją gdzieś na poboczu rozmawiając, mija ich samochód Toma, odwożącego Vibeke do domu. Jon jednak, w formie zabawy, chowa się, nie wiedząc, że w samochodzie jest jego matka. To bardzo znaczący moment, matka z synem nie byli tego wieczora ani razu tak blisko siebie, jak wtedy gdy dopiero co poznani ludzie przewieźli ich w swoje pobliże, choćby na sekundy. Mimo to Jon podświadomie się chowa, ciekawe. Vibeke wraca do domu, ponownie nie kwapi się do sprawdzania co u syna, idzie spać. Jon pojawia się na podwórzu gdy w środku nie palą się już światła, nie dostrzegając samochodu na podjeździe - Vibeke zostawiła go w mieście, nie chwyta za klamkę, jest przekonany, że matka jeszcze nie powróciła. Bujna wyobraźnia podsuwa mu setki scenariuszy, chłopiec ma już niemal pewność, że musiał przydarzyć się wypadek, a jego matka zginęła, bądź jest ciężko ranna. A to wszystko przez niego, przez mąkę czy jajka do jego głupiego urodzinowego tortu. To tylko dziewięciolatek, przygody całego wieczora silnie go zmęczyły, zostaje przed domem, siada na ziemi, następnie kładzie się w pozycji do snu. Opowieść kończy się słowami "Zaczeka tu na nią". Nie trzeba chyba dodawać, że przy tamtejszych warunkach atmosferycznych za pół godziny czy godzinę chłopiec będzie martwy.
Kto zawinił? Matka. Ale kto zawinił przed nią? Moim zdaniem, jest to historia o nieletniej matce, prawie dziesięć lat od chwili podjęcia decyzji o samotnym wychowaniu dziecka. Może nie podejmowała jej sama, może została do tego zmuszona, ale jednak. Nie podoba mi się nieociosanie wypowiedzi, razi mnie ostrość tej historii. Wydaje mi się bardzo nieprawdopodobna i zbyt mroczna. A może po prostu jest za smutna.
zacznę 2011-07-01 18:38:50
dla siebie, na później, może i dla kogoś jeszcze, sama nie wiem. idea takiego czegoś pojawiła się już dawno, potrzebna była jednak jeszcze motywacja. a że motywacja znalazła się dopiero wczoraj... lepiej późno niż wcale.
planuję tu oceniać różne przejawy kultury i sztuki. przeczytane książki, opowieści, mangi. obejrzane filmy, seriale i anime. sama nie wiem co z tego wyrośnie, starczy wstępów, czas ruszać.
